Biografia – fakty czy plotki?

Witajcie,

Nie wiem jak Wy, ale ja nie przepadam za książkami typu „oparte na faktach”, „inspirowane prawdziwą historią” itd. Oczywiście nie twierdzę, że jest to z założenia zła literatura, jednak osobiście nie przepadam za łzawymi historiami, które często opisywane są w bardzo tendencyjny sposób. Inaczej jest jednak z biografiami, które, przynajmniej powinny, pokazywać jedynie prawdę, a nie jakiś jej podkoloryzowany przez autora wycinek, czy życie danej osoby z pewnej perspektywy. W dzisiejszym wpisie chciałam właśnie zastanowić się nad tym, jak to naprawdę jest. Czy pisarze faktycznie przedstawiają nam prawdę czy może zdarza im się ze względu na sympatię czy z drugiej strony niechęć do danej osoby, prezentują ją w nieco jaśniejszym lub ciemniejszym świetle niż wymaga tego obiektywizm.

Oczywistym jest, że pisanie książki o osobie, która na przykład od dawna nie żyje, nie jest proste, szczególnie jeżeli żyła ona w czasach, w których przekaz informacji nie funkcjonował tak dobrze jak dzisiaj. Dotarcie do wiarygodnych źródeł oraz skorzystanie z nich jest wówczas bardzo trudne. Jednak czy jest to jedyny powód biograficznego koloryzowania pisarzy?

Niestety moim zdaniem bardzo dużą rolę odgrywają tu wspomniane wcześniej emocje i osobiste odczucia piszącego. W końcu, aby stworzyć biografię trzeba z jakiegoś względu fascynować się daną postacią. Można ją wówczas albo bardzo cenić i podziwiać, albo wręcz przeciwnie wiązać swoje zainteresowania z negatywną oceną działań. W pierwszym przypadku bardzo często zdarza się, że pisarz poświęca ogromną ilość miejsca wszystkim, nawet najdrobniejszym, osiągnięciom swojego bohatera, a zamiata pod przysłowiowy dywan wiele porażek, zarówno tych na gruncie zawodowym jak też prywatnym.

Odwrotną sytuację obserwujemy natomiast, kiedy pisarz nie żywi specjalnie pozytywnych uczuć do osoby, której sylwetkę chce przedstawić. Zakładając z góry, że jest to człowiek niegodny naśladowania, być może nie do końca świadomie, stara się udowodnić swoją tezę wszelkimi możliwymi sposobami. Przy tej okazji pojawia się również deprecjacja pozytywnych czynników pojawiających się w życiu danej osoby.

Oczywiście działanie takie nie jest regułą. Jednak, jeżeli często sięgacie po biografie, na pewno zdarzyło Wam się zetknąć właśnie z taką sytuacją i dobrze wiecie, że wprawny czytelnik bezbłędnie ją zauważy. Dlatego też wszystkim czytelnikom i sobie samej chciałabym życzyć, aby na nasze półki trafiały tylko i wyłącznie naprawdę solidne i rzetelne biografie, które będą pokazywały prawdę, a nie plotki czy osobisty punkt widzenia autora.

Na koniec książka o poecie, którego niezwykle cenie i dlatego zachęcam Was do przeczytania. Myślę, że tej postaci nikomu nie trzeba przedstawiać.

Pozdrawiam,
Paula

Dlaczego (nie) czytamy?

Witajcie :)

Czas szybko mija, a wraz z nim wszystko, co dobre… Nie piszę tego jednak, aby snuć tu jakieś pseudometafizyczne opowieści o egzystencjalne o życiu i śmierci, ale żeby przypomnieć, że właśnie kończy się wrzesień, a wraz z nim do historii przechodzą kolejne wakacje. Oczywiście nie dotyczy to ludzi pracujących [w tym mnie :( ) ani studentów, ale uczniowie szkół na wszystkich poziomach na pewno podpisują już zeszyty i kompletują zestawy długopisów :) I właśnie w związku ze zbliżającym się wielkimi krokami nowym rokiem szkolnym postanowiłam podjąć kontrowersyjny dla wielu osób temat i zastanowić się czy to prawda, że nie można zrobić książce większej krzywdy, niż wpisanie jej na listę lektur szkolnych…

No cóż, nie da się ukryć, że fakt, iż jesteśmy w pewien sposób zmuszani do czytania – odstrasza nas od tej jakże przyjemnej czynności. Również z tego powodu często nie sięgamy po największe klasyki zarówno polskiej jak też światowej literatury. Problemem nie jest tu bowiem objętość, ale to, że ciąży na nas swego rodzaju przymus poparty dodatkowo terminem, na który nie mamy właściwie żadnego wpływu. Mamy przez to natomiast wrażenie, że tracimy wszelką radość z czytania i staje się to dla nas jedynie przykrym obowiązkiem, przed którym po jakimś czasie zaczynamy wzbraniać się rękami i nogami.

Tak wygląda stanowisko większości. Jednak ja mam na ten temat nieco inne zdanie. Być może jest ono mało popularne, no ale… Chodzi bowiem o to, że według mojej skromnej osoby, twierdzenie, że nie czytam książek, które są lekturami, bo sprzeciwiam się takiemu bezsensownemu przymusowi - jest po prostu podejściem bardzo wygodnym. W końcu każdy może powiedzieć, że nie przeczytał „Potopu”, bo czytanie ma być czymś, co robimy z własnej woli i dla przyjemności, a nie czynnością wykonywaną na czyjekolwiek polecenie.

Trzeba jednak w tym momencie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy zamiast lektury szkolnych czytamy inne książki?

Być może się mylę, ale obawiam się, że niewiele osób może odpowiedzieć twierdząco. Dlatego zamiast szukać kolejnych wymówek może lepiej zabrać się do dzieła, a właściwie za kolejne dzieła literatury, żebyśmy znali te i inne książki nie tylko z okładek.

 

Pozdrawiam,

Paulina ;)