Dlaczego (nie) czytamy?

Witajcie :)

Czas szybko mija, a wraz z nim wszystko, co dobre… Nie piszę tego jednak, aby snuć tu jakieś pseudometafizyczne opowieści o egzystencjalne o życiu i śmierci, ale żeby przypomnieć, że właśnie kończy się wrzesień, a wraz z nim do historii przechodzą kolejne wakacje. Oczywiście nie dotyczy to ludzi pracujących [w tym mnie :( ) ani studentów, ale uczniowie szkół na wszystkich poziomach na pewno podpisują już zeszyty i kompletują zestawy długopisów :) I właśnie w związku ze zbliżającym się wielkimi krokami nowym rokiem szkolnym postanowiłam podjąć kontrowersyjny dla wielu osób temat i zastanowić się czy to prawda, że nie można zrobić książce większej krzywdy, niż wpisanie jej na listę lektur szkolnych…

No cóż, nie da się ukryć, że fakt, iż jesteśmy w pewien sposób zmuszani do czytania – odstrasza nas od tej jakże przyjemnej czynności. Również z tego powodu często nie sięgamy po największe klasyki zarówno polskiej jak też światowej literatury. Problemem nie jest tu bowiem objętość, ale to, że ciąży na nas swego rodzaju przymus poparty dodatkowo terminem, na który nie mamy właściwie żadnego wpływu. Mamy przez to natomiast wrażenie, że tracimy wszelką radość z czytania i staje się to dla nas jedynie przykrym obowiązkiem, przed którym po jakimś czasie zaczynamy wzbraniać się rękami i nogami.

Tak wygląda stanowisko większości. Jednak ja mam na ten temat nieco inne zdanie. Być może jest ono mało popularne, no ale… Chodzi bowiem o to, że według mojej skromnej osoby, twierdzenie, że nie czytam książek, które są lekturami, bo sprzeciwiam się takiemu bezsensownemu przymusowi - jest po prostu podejściem bardzo wygodnym. W końcu każdy może powiedzieć, że nie przeczytał „Potopu”, bo czytanie ma być czymś, co robimy z własnej woli i dla przyjemności, a nie czynnością wykonywaną na czyjekolwiek polecenie.

Trzeba jednak w tym momencie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy zamiast lektury szkolnych czytamy inne książki?

Być może się mylę, ale obawiam się, że niewiele osób może odpowiedzieć twierdząco. Dlatego zamiast szukać kolejnych wymówek może lepiej zabrać się do dzieła, a właściwie za kolejne dzieła literatury, żebyśmy znali te i inne książki nie tylko z okładek.

 

Pozdrawiam,

Paulina ;)

Czytać albo nie czytać… Oto jest pytanie!

Cześć :)

Po przeczytaniu „Gry o Tron” postanowiłam podgonić trochę z tak zwanym kanonem i wzięłam się za klasykę, ale cały czas po głowie chodzi mi pewna książka, do której nie jestem do końca przekonana. Mówiąc dokładniej chodzi mi o „Pięćdziesiąt twarzy Greya” autorstwa pani ukrywajcej się pod pseudonimem E. L. James, czyli powieść, a właściwie pierwszą część trylogii, która ostatnimi czasy stała się jedną z najpopularniejszych książek.

Mój problem polega na tym, że nie do końca jestem w stanie zrozumieć ten fenomen. Oczywiście nie jest to ostateczna ocena, ponieważ swoje przemyślenia snuję z pozycji osoby, którą książki jeszcze nie czytała. Jednak zapoznając się z krążącymi w prasie i w Internecie recenzjami oraz najróżniejszymi opiniami, wydaje mi się, że jest to powieść, która nie przypadłaby mi do gustu.

Niestety, a może na szczęście, fakt, że autorka bez ogródek i dość często opisuje sceny łóżkowe, nie jest dla mnie żadną rekomendacją. Odważna książka nie jest jeszcze równa dobrej książce. Poza tym wydaje mi się to trochę szukaniem taniej sensacji i właśnie dlatego nie mogę się przełamać i cały czas czekam na lepszy moment, żeby rozpocząć czytanie.

Może Wy moglibyście wypowiedzieć się w tym temacie i doradzić mi, czy rzeczywiście warto.

A tak całkiem na marginesie, nie przekonują mnie też te okładki…

 

Pozdrawiam,

Paula :)

Czy dorosłym mogą podobać się powieści dla młodzieży?

Witajcie ;)

Pytanie, które zadałam w tytule tego posta może wiele osób zaskoczyć. Skąd pomysł na taki właśnie wpis? Co mnie skłoniło do tych jakże głębokich przemyśleń na temat literatury? Motywacją były dla mnie książki Carlosa Ruiza Zafóna. Prawdopodobnie wiele osób zna jego „Cień wiatru” czy też „Grę Anioła”, jednak nie o te powieści mi chodzi. Hiszpan jest bowiem autorem kilku bardzo poczytnych powieści młodzieżowych.

Ja oczywiście najpierw przeczytałam dwa wymienione wyżej utwory i to właśnie za ich sprawą postanowiłam sięgnąć po „Marinę”, „Światła września” i „Pałac Północy”. Przede mną jeszcze „Książę Mgły”. Dlatego też mając porównanie literatury „dorosłej” i „młodzieżowej” Zafona postanowiłam pokusić się o krótką wypowiedź w tym względzie.

Muszę przyznać, że wszystkie książki czyta się bardzo dobrze i pochłania się je naprawdę szybko, jednak jeżeli „Cieniem wiatru”, „Grą Anioła” i „Więźniem nieba” byłam wręcz zachwycona, o tyle pozostałe książki nie wzbudziły już we mnie takich uczuć. Oczywiście, jak wspomniałam wcześniej, podobały mi się, ale to jednak nie to samo. Mój podstawowy zarzut to zbyt dużo fantastyki, oczywiście jej elementy pojawiają się również w pozostałych utworach, jednak wszystko jest tam o wiele bardziej realne. W książkach dla młodzieży Zafona jest po prostu mnóstwo niemożliwych do wytłumaczenia zdarzeń, a pewne wątki rozwiązują się, jak dla mnie, w zbyt oczywisty sposób.

Nadal obstaję jednak przy tym, że jest to bardzo przyjemna literatura, po którą warto sięgnąć, kiedy chcemy przeczytać coś lżejszego. Tak więc – podobać się może, ale raczej nie zachwyci.

Tak czy siak, najlepiej przekonacie się o tym na podstawie własnych doświadczeń, dlatego zapraszam do lektury :)

Jako zachętę zamieszczam filmik promujący książki Zafona, z naciskiem na „Więźnia nieba” (narracja po angielsku, ale myślę, że nie będzie z tym większego problemu;)

Pozdrawiam,
Paula ;)